Mój świat widziany spod kapelusza - K.P.
piątek, 22 czerwca 2012
„Więzień Nieba”

Otwierając nową książkę Ruiza Zafóna miałem dwa postanowienia.

Pierwsze to pełen obiektywizm, z którym chciałem ocenić tą książkę. Początkowe akapity „Gry Anioła”, książki która wpadła mi w ręce parę lat temu zaniosły mnie do magicznego świata dwudziestowiecznej Barcelony, której historia stworzona przez Zafóna w niesamowitym stopniu odcisnęła na mnie swoje piętno. Wtedy tak tego nie odczuwałem, bo myślałem że to kolejny jednorazowy wyskok z przyjacielem, który wpadł na kilka dni i nie długo odjedzie, by już nigdy się ze mną nie spotkać. I właśnie wtedy wpadł mi w ręce „Cień Wiatru”, którego recenzować nawet nie mam zamiaru. Wydaje mi się, że to już klasyka, a klasyki nie trzeba reklamować.

Z tego właśnie względu postanowiłem podejść z chłodnym obiektywizmem, żeby po długim czasie od odłożenia serii o „Cmentarzu zapomnianych książek” sprawdzić czy rzeczywiście jest tak dobra. Odnosząc się do słów autora „Najczęściej wspominamy rzeczy, które nigdy się nie wydarzyły.”, więc może tylko tak mi się wydawało?

Drugim moim postanowieniem było to by spróbować delektować się to książką. Czytać powoli, z pełnym zrozumieniem.

I jak się okazało cały plan runął razem z początkiem pierwszego rozdziału, a prawie pięćset stron zabrało mi tylko pięć godzin życia. I na dodatek to chyba jedyne rozczarowanie po przeczytaniu powieści.

Kiedy myślę o tytule „Więzień Nieba” nie widzę już nawet książki. Cała seria o księgarni „Sempere i Synowie” bardziej przypomina haft utkany z idealnych nici w doskonałej harmonii. To co zrobił Zafón tworząc serię, to genialny pomysł. Z biegiem lat przemyślany i udoskonalony w „Grze Anioła”. W końcu powstaje „Więzień Nieba” i  bezczelnie wyjaśnia wątki, które we wcześniejszych częściach zostały jakby zatuszowane i pominięte, bez których wyjaśnienia książka wydawała się i tak fantastyczna. A tu psikus.

Nowa powieść Zafóna odwraca całkowicie porządek utworów. Łączy je tworząc z nich zupełnie nową historię. Nową historię, która co najciekawsze jeszcze nieprędko zamierza dobiec końca co jest znakomitą wiadomością zarówno dla wiernych fanów, ludzi lubiących styl pisarza jak i dla okazjonalnych czytelników.

Jestem pewien, że najlepszym podsumowaniem będzie stwierdzenie, że do rzeczy, które żałuję że są nie możliwe dopiszę przeczytanie „Cienia Wiatru, „Gry Anioła” i „Więźnia Nieba” w każdej możliwej kolejności nie znając wcześniejszej fabuły. Byłyby to trzy fantastyczne historię, przy czym każda zmiana kolejności dawałaby nam zupełnie inne emocje, inne spostrzeżenia ale to co najważniejsze – Niesamowitą radość.

Nie pozostaje nic innego jak słać gratulacje Carlosowi Ruizowi Zafónowi i błagać o więcej takich książek.

niedziela, 15 sierpnia 2010
Opowieści z głowy P. dwa "Szpaler Wspomnień" cz. 1

Nie będę się już tytułował redaktorem P. Ostatnio piszę mało i rzadko, właściwie w ogóle nie piszę dlatego uważam, że nie zasługuje nawet na ten samozwańczy tytuł :)

Pod koniec roku szkolnego udało mi się napisać wstęp do opowiadania, którego nigdy nie skończyłem. I nie wiem czy kiedykolwiek je skończe. Myślę jednak, że jeśli wrzucę je tu będzie mi łatwiej

a więc:

 

Opowieści z głowy P. "Szpaler wspomnień" cz. 1/5

 

Patrzyła na niego przerażonym wzrokiem. Jego oddech był płytki i szybki. Stróżka krwi powolnym tempem spływała po sinym policzku wyznaczając na nim czerwony szlak, znikający gdzieś w głębi koszuli. Podwinięte rękawy ukrywały poranione łokcie. Wielkie bure oczy wpatrywały się w rękojeść noża pulsującą wraz z ruchem klatki piersiowej. Chciał coś powiedzieć, ale nie umiał. Głos nie wydobywał się z jego ust.

Dla niej to było nie pojęte. Nie czuła nic oprócz pustki. Kiedy wreszcie wszystko zaczęło się układać, przez zawiść wszystko miała stracić? Jednocześnie zachowywała pełen spokój. Chociaż może stan ten bardziej przypominał ogłupienie…

Dźwięk syren ambulansu przywrócił ją do rzeczywistości. Jego z nią już nie było. Patrzył przed siebie nie widząc już nic.

Łzy popłynęły z jej oczy. Przytuliła go z całych sił. Chwila minęła zanim została oderwana od niego siłą. Sanitariusze rozdzielili tą dwójkę, która z woli Bożej nigdy więcej miała się nie spotkać.

 

Cz. 2/5

Otworzył oczy. Delikatne Wiosenne promienie słońca padały na jego twarz. Lekki wietrzyk przemykał między palcami, przeszywając go przyjemnym dreszczem. Usłyszał śmiech dziecka. Podniósł głowę i ujrzał dwulatka, stawiającego pierwsze kroki chwiejąc się delikatnie z jednej na drugą stronę. W końcu wiatr zawiał trochę mocniej, a chłopiec stracił równowagę i upadł na pieluszkę. Jego drobne usteczka ułożyły się w kształt podkówki a do oczu napłynęły łzy. Przy maluchu natychmiast pojawiła się jasnowłosa kobieta, która ze śmiechem podniosła malucha i ucałowała go w policzek. Dziecko zabrało od matki trzymaną przez nią w ręku bazię.

Chciał podejść do tej dwójki jednak ona oddalała się po łące idąc w stronę błękitnego nieba, na którego tle z czasem zaczęła się rozpływać, pozostawiając go samego na drodze w szpalerze drzew.

 

Siedziała w poczekalni szpitalnej już piątą godzinę. Jednak nie czuła znużenia. Ani smutku. Ani przerażenia. Nie czuła właściwie nic. Zdawała sobie sprawę z tego, że to jej wina. Chciała się zemścić na nim. Chciała mu zadać ból. Zaślepiona własnym rozczarowaniem nie brała pod uwagę tego, że wszystko czego się dowiedziała, co usłyszała może być nieprawdą. Teraz już wiedziała że nie było… Ale teraz mogło już być za późno.

niedziela, 07 marca 2010
Za Mgłą Cz. 3 i epilog (zakończenie)

Po długiej nieobecności na blogu Redaktor P. postanowił ukończyć swoje pierwsze dłuższe opowiadanie. Niestety (a może stety?) sam nie był by wstanie opowiedzieć wam jak się skończyła chistoria Lilly, Toma i ich nauczycielki Cherry Riminage. Bo chociaż ta historia miała zakończenie już wtedy, kiedy powstała, to jednak istniało ono tylko w pokręconej wyobraźni Redaktora P. I prawdopodobnie już wszyscy by zapomnieli o tej opowieści zanim myśli zmieniły by się w słowa, ale dzięki uprzejmości i chęciom koleżanki P.W. udało nam się dokończyć historię. I tak część trzecia wyszła spod pióra właścicielki felietonady (oczywiście pod moją kontolą i według planu który powstał pare miesięcy temu), a epilog napisałem Ja

Ukłon w stronę P.W

 

Zapraszam do lektury.

 

Za Mgłą Cz. 3

 

Irytacja walczyła u niej z rozczarowaniem. Jak on śmiał? Przecież powinien tam być! Czy on nie czuł tego, że powinni porozmawiać? Obalić mur, który sami zbudowali z niewypowiedzianych słów? Każdego innego dnia zrezygnowałaby. Każdego innego. Tuż nad uchem Lilly zabrzmiał dzwonek. Echo jego wycia odbiło się od ścian korytarzy i ogarnęło cały budynek. Po chwili ten wibrujący w głowie głos zmieszał się z szumem odsuwanych krzeseł i rozmowami. Kolejni uczniowie opuszczali sale, by odetchnąć choć chwilą wolności. Dziewczyna wyłowiła z tego barwnego tłumu chłopaka, który  siedział w ławce z Tomem.

 

Kubek boleśnie parzył palce. Tom nie zwracał na to najmniejszej uwagi. Zbyt pochłonięty był swoimi poszukiwaniami. Internet był jedną z najprostszych dróg, by dowiedzieć się czegoś o człowieku. Tymczasem, wbrew wszelkim prawom logiki, milczał na temat jego nauczycielki. Chłopak wypróbował wszystkie możliwe kombinacje nazwiska i słowa ‘szejk’. Determinacja znalezienie jakiegokolwiek punktu zaczepienia dla rozpoczęcia poszukiwań dziecka była tak wielka, że Tom miał już pod ręką numer do tłumacza, który pozwoliłby mu zrozumieć to, co napisane było na witrynach arabskich. Nagle,  żmudną pracę chłopaka przerwał wysoki wrzask domofonu. Tom zaklął pod nosem. Odstawił kubek na biurko. Zbyt mocno. Ciemny, aromatyczny napój zaplamił gazetę z pozakreślanymi numerami tłumaczów.

-Co do ch… - Tom nie dokończył. Nie pozwoliła mu na to dziewczyna, która –nie czekając na zaproszenie- wpadła do jego mieszkania i stanęła na środku wąskiego przedpokoju, krzyżując ramiona na piersiach.

-Musimy porozmawiać. – Lilly niemal nie poznała swojego głosu i tonu. Żadnego ‘czy możemy porozmawiać?’. W duchu pochwaliła się za to zdecydowanie.

-Uhm. –Tom potarł z zamyśleniem policzek, zamykając drzwi.- Trafiłaś na niezbyt dobry moment, Lil. Jestem… zajęty. – W oczach dziewczyny zatańczyły niebezpieczne błyski. Zajęty! Odwróciła się i ruszyła w kierunku jego pokoju. Zaraz okaże się, co też nie pozwala temu przeklętemu egoiście poświęcić jej ani chwili… Tom za późno zorientował się co do jej planów, wpadł do pomieszczenia tuż za dziewczyną, akurat w chwili gdy ta przeglądała rozrzucone po stole notatki i to, co nieopatrznie zostawił włączonego w komputerze.

-Co to ma być?! –głos jej drżał- Jesteś jakimś psycholem? Chcesz zabić naszą nauczycielkę? Nie, nie podchodź! Mów albo zacznę krzyczeć! – Lilly zacisnęła dłoń na ciężkiej popielniczce, która stała na brzegu biurka. Tom westchnął ciężko. Nie miał innego wyjścia. Opowiedział dziewczynie wszystko. Pomijając wydarzenia zeszłej nocy. Coś przyczajonego w oczach przyjaciółki mówiło mu, że ujawnienie tej prawdy obudziłoby w Lilly bestie. A tego nie chciał w żadnym wypadku.

 

-Napijesz się czegoś? –zapytał, skończywszy swoją opowieść. Dziewczyna siedziała z kolanami podciągniętymi pod brodę.

-Nie, dzięki. –wymamrotała, wciąż oswajając się z tym, co jej opowiedział. – I ty chcesz jej pomóc w odzyskaniu tego dziecka?  –Tom w milczeniu skinął głową. Złość minęła dziewczynie już za progiem chłopaka. Teraz czuła się jak dawniej, gdy razem planowali nową, wspaniałą zabawę. Tym razem byli nieco starsi, a stawki gry nie stanowiła szarlotka pani Higgins z naprzeciwka. – Na początku trzeba się dowiedzieć, do którego przedszkola zapisany był dzieciak. Może wychowawczynie pamiętają coś na temat tych najemników? Możesz ją o to zapytać? – ją. Nie używała nazwiska nauczycielki. Pod skórą czuła, że Tomem kieruje nie tylko chęć pomocy matce pozbawionej dziecka…

-Nie, zakazała mi zajmować się tą sprawą. –mruknął z niechęcią. „To trzeba było jej słuchać” odparła w myślach Lilly. Jej usta powiedziały jednak coś zupełnie innego.

-Poproszę Billy’ego, żeby to sprawdził. Jego ojciec pracuje w ratuszu, ma dojścia wszędzie. –Tom popatrzył na dziewczynę z dezaprobatą. Uważał Billy’ego za dupka. Brał go za takiego tym bardziej, że tamten uważał się za boga niemal tylko dlatego, że jego ojciec stał wyżej w hierarchii dziobania. Chłopak przemilczał jednak ten temat. Dopóki sprawy dotyczyły jego nowej kochanki nie mógł pozwolić sobie na żaden błąd. Nie skorzystanie z takiej okazji zaliczało się do dość poważnych błędów.

 

 

Zmierzchało, gdy telefon chłopaka zabrzęczał cicho. Dziewczyna drgnęła na dźwięk tego odgłosu. Od paru godzin trwali w ciszy, w której pobrzmiewało jedynie stukanie klawiszy i szelest przewracanych kartek. Po przeczytaniu wiadomości oczy Toma się rozszerzyły.

-Chce się spotkać. Ma kogoś, kto coś wie. –głos Toma drżał z ekscytacji. Chłopak złapał kurtkę przewieszoną przez oparcie krzesła. Czuł pod palcami chłód klamki, gdy przypomniał sobie o cieniu, który wiernie trwał przy nim w czasie poszukiwań.

-Lil? – cisza – Lil? –powtórzył nieco głośniej. Dziewczyna drgnęła.

-Uhm? Co się dzieje, Tom? –zapytała, przeciągając się.

-Chyba coś mamy. Jadę do doków... –urwał. Niewypowiedziane pytanie zawisło między nimi. Lilly poczuła zawroty głowy. Od paru dni prawie nie sypiała. Wyrywała nocy kilka chwil na sen, a następnie wracała do wertowania gazet, szukania wzmianki na temat porwania.

-Wrócę do domu. –schwytała pytanie i przydepnęła je obcasem zamszowego botka. Tom skinął głową.

 

 

 

Nabrzmiałe deszczem chmury snuły się nad miastem przez cały dzień. Tom mijał akurat zdezelowaną budkę strażnika, gdy pierwsze krople rozprysły się, uderzając o ziemię. Deszcz najpierw poczynał sobie nieśmiało, potem coraz odważniej. W końcu, gdy chłopak dotarł do molo, ulewa była tak intensywna, że z trudem mógł dojrzeć wyciągniętą przed siebie dłoń.

-Cherry! –krzyknął. Było to jednak bezcelowe, wiedział o tym. Odgłosy ulewy zagłuszały wszystko. Wahał się przez krótką chwilę. Głos w jego głowie nakazywał ucieczkę, namolnie namawiał do powrotu do ciepłego mieszkania. Nagle zdało mu się, że pomiędzy strugami zacinającego deszczu, w głębi molo, coś zamajaczyło. Jakieś kształty? –Cherry! –zawołał ponownie i powoli ruszył do przodu. Stąpał ostrożnie, jednak i tak zachwiał się parę razy, z trudem łapiąc równowagę.

 

 

Wsiadła to taksówki. Czuła jak pod powiekami zbierają się łzy. Później, ciężkie i leniwe, toczą się po rzęsach i policzkach, zostawiając za sobą ciemne smugi rozmazanego makijażu. Szukając w torebce lusterka podała kierowcy adres. Chciała jak najszybciej znaleźć się w domu, z dala od wszystkiego. Poczuła na udzie przyjemne wibrowanie. Wyciągnęła z kieszenie telefon. Billy. Przez chwilę łzy nie pozwalały jej skupić wzroku na tyle, by przeczytać wiadomość. Otarła oczy wierzchem dłoni, nie dbając o wygląd. Znieruchomiała. Odczytała tekst po raz kolejny.

-Zmiana planów. Jedziemy do doków! –wykrzykując to do ucha taksówkarzowi niemal spowodowała wypadek.

Światło telefonu leżącego na kolanach dziewczyny zgasło, jakby zawstydzone tym, ile zamieszania zrobiło. „Nie wiem, w co się wpakowałaś, ale Cherry Riminage nigdy nie miała dzieciaka, Mała”. Wiadomość na pozór niegroźna, mało  istotna wywołała tak wielkie poruszenie. Lilly miała złe przeczucia. Bardzo złe.

 

 

Nie mylił się. Na końcu molo stały dwie postaci. W jednej z nich rozpoznał Cherry. Ta wyprostowana sylwetka nauczycielki, charakterystyczny układ dłoni opartych na niemal perfekcyjnych biodrach… Druga osoba stała do niego tyłem, gestykulując żywo. Gdy Tom stał może metr od niej, obróciła się. Dwie pary identycznych oczu patrzyły na siebie. W obu odbijało się bezbrzeżne zdziwienie.

-Tato? Co… -słowa chłopaka przerwał wybuch perlistego śmiechu. Parę nocy wcześniej wzbudziłby w nim dreszcze rozkoszy. Tym razem było w nim coś wyjątkowo, złowrogiego.

-Widzimy się w gronie niemal rodzinnym, co? –Cherry bawiła się małym, przeznaczonym dla damskiej dłoni pistoletem.

-Pani Riminage, czy może mi pani wyjaśnić co też… -twarz ojca Toma przybrała wyraz, który chłopak doskonale znał. Widywał go, gdy ten wracał ze szkolnej wywiadówki.

-Nie bawmy się w te grzeczności. –głos kobiety przecinał deszcz niczym brzytwa. Nie musiała się wysilać, by mężczyźnie ją usłyszeli. Tom miał wrażenie, że mogłaby szeptać, a ulewa, zatrwożona dziwnym blaskiem w jej oczach, ucichłaby z pokorą. – Nie po to z tobą sypiałam, żebyś teraz traktował mnie jak obcą.

-Cherry, na Boga, chyba nie chcesz rozmawiać o tym tu i teraz!

-Oczywiście, że tak! Ciebie do tego też zmuszę! –zamachała pistoletem- Tom, chcesz posłuchać pięknej historii o dobrym mężczyźnie i złej kobiecie? Oh, zapewniam cię, że chcesz. –chłopak zadrżał, niepewny czy z zimna, czy przez trudne do uchwycenia, obce tony w głosie nauczycielki. Cherry zmrużyła oczy i cofnęła się o krok, obejmując wzrokiem obu mężczyzn.

-Wiesz, dlaczego mamusia kłóciła się z tatusiem, co? Źli ludzie powiedzieli jej, że tatuś już jej nie kocha, że ma inną. Osądzili ją, odsunęli się od niej. Wcześniej nikt nie pytał, czemu zostają oboje w biurze. Cieszyli się! Patrzcie, jakiego młodego duchem mamy szefa, mówili. Byłam twoją ulubienicą, pamiętasz? –Cherry ciągnęła beznamiętnie, przekładając pistolet z ręki do ręki- Zabierałeś mnie na bankiety… Wszyscy mówili, że wyglądam najlepiej. Oh, czy to dlatego mnie zostawiłeś? Przez brzuch? Źle układającą się suknię? Przez to?! –głos jej się nieco załamał- Odszedłeś, gdy dowiedziałeś się, że noszę twoje dziecko. Twoje!

-Miałem żonę, syna… -przerwał jej. Tom stał tylko i przyglądał się wszystkiemu, jakby wcale w tym nie uczestniczył, był jedynie biernym obserwatorem.

-Oczywiście! Nikt nie mógł zniszczyć obrazu wspaniałego ojca i męża. Nikt, w szczególności smarkula z prowincji! –głos kobiety powoli przechodził w szloch- A ja… ja straciłam nasze dziecko! Chciałam je urodzić… Tak bardzo!

-I co teraz? Zabijesz mnie za to? Proszę, zrób to. Christie nie żyje, nic mnie tu nie trzyma. –ojciec mówił spokojnie. Tom nagle poczuł falę wściekłości. Jak mógł być tak okrutny? Tak nieodpowiedzialny i tchórzliwy?! Miał chęć uderzyć go i kazać błagać Cherry o przebaczenie. Chciał…

- A ty, Tom -uśmiechnęła się do chłopaka prawie czule- nie jesteś ani trochę podobny do ojca. On potrafił dać mi coś, czego ty nie będziesz umiał do końca życia. Przyjemność. Nie mogłam ci jednak tego powiedzieć. To sprawiłoby, że moja zemsta na twoim ojcu nie byłaby pełna.

Uniosła dłoń z pistoletem. Chłopakowi zdawało się, że trwa to wieczność. On i lufa broni patrzyli na siebie, badali się wzrokiem. Pocisk zatańczył między kroplami deszczu. Tom poczuł ciepło. Lepka, mazista ciecz brudziła jego palce, gdy próbował dociec źródła tego nagłego ocieplenia. Zbyt zafascynowany widokiem krwi.

Kobieta nie czekała długo. Kolejną kule posłała w Ojca Toma. Ten upadł łapiąc się za ramię.

Kiedy już poczuła, że jej zemsta się dopełniła przyłożyła pistolet do głowy i oddała trzeci, ostatni strzał...

 

Taksówka leniwie wtoczyła się pod bramę doków. Lilly rzuciła kierowcy na kolana kilka banknotów i nie odwracając się za siebie wbiegła w zimny i ociekający deszczem mrok. Tego co zobaczyła niespodziewana się w najgorszych koszmarach.

 

EPILOG

Niebo było szare i zachmurzone. Wiatr się wzmagał, podwijając delikatnie suknię dziewczyny. Prawą ręką przytrzymywała czarny welon aby go nie stracić, w lewej zaś niosła białą lilię. Wyglądała jak mroczny anioł. Kiedy przekroczyła próg budynku, wzrok wszystkich zebranych skupił się na niej. Szybkim krokiem ruszyła do ostatniej ławki, która znajdowała się w samym rogu kościoła.

Przez całą uroczystość nie poruszyła się ani razu. Siedziała, wpatrując się wielkimi, zielonymi oczami w podłogę. Przez głowę przechodziły jej setki myśli. W ciągu kilku dni postarzała się o wiele lat. Już nie przypominała nastolatki. Oczy nie płonęły, twarz straciła rumieńce. Przypominała figurę woskową wyjętą żywcem z Londyńskiego muzeum.

Ludzie z wolna zaczęli opuszczać kaplicę. Powolny kondukt przewijał się w miejsce, w którym zmarły miał zaznać wiecznego spokoju. Kiedy wydało jej się, ze w końcu została w budynku sama, wstała i powolnym krokiem ruszyła w stronę trumny.

Wieko trumny było podniesione. Podeszła do niej, nie odrywając wzroku od posadzki. Złapała wolną ręką za krawędź. Jednak długo nie potrafiła podnieść oczu. Nie chciała tego widzieć. Na przemian ból i strach przeszywały ją. Zaczynało brakować jej oddechu. Była w tym momencie zupełnie gdzie indziej. Nie spostrzegła nawet człowieka, który pojawił się nagle obok niej. Mężczyzna położył jej rękę na ramieniu.

- Żaden rodzic nie powinien chować swojego dziecka – powiedział drżącym głosem

Słowa te wyrwały Lilly z amoku. Podniosła wzrok.

Patrzyła na zwłoki najlepszego przyjaciela, a jednocześnie ciało osoby którą kochała najbardziej na świecie. Na jego twarz bez wyrazu. Na jego ręce. Wiedziała, że widzi Toma po raz ostatni.

Wielkie krople łez popłynęły po jej policzkach ciurkiem. Nie chciała płakać, ale nie potrafiła inaczej. Wtedy, oprócz nieprzeniknionego smutku, ogarnęło ją coś jeszcze. Coś czego ta spokojna i zawsze pogodna dziewczyna nigdy wcześniej nie doświadczyła.

Drżąc, włożyła białą lilię w zimną rękę przyjaciela. Nie liczyło się dla niej już nic. Czuła tylko gniew, którego nie da się opisać. Jednym szybkim ruchem odwróciła się i odepchnęła człowieka, którego dawniej kochała jak własnych rodziców.

Spojrzała w przekrwione, czerwone oczy Ojca Toma.

- Żadne… Żadne dziecko nie powinno cierpieć za grzechy rodziców – Powiedziała lodowatym głosem, zupełnie jej nie przypominającym. Część niej umarła.

Zaczęła biec. Uciekać. Gdziekolwiek. W miejsce, gdzie jej nikt nie znajdzie. W miejsce, gdzie nie dosięgnie jej przeszłość.

 

 

Pozdrawiam

Redaktor P.

niedziela, 17 stycznia 2010
Z Guns N Roses w tle...

Długo nic nie pisałem. Ale to było spowodowane chorobą i brakiem czasu. Chociaż w pewnym sensie może i brakiem weny?

W każdym razie wena przyszła. Wczoraj o trzeciej w nocy, redaktor P. po spędzeniu dwóch wcześniejszych godzin przy gitarze, wymyślił historię i postanowił napisać coś czego jeszcze nigdy nie widział i czego nie próbował.

Zanim zabierzesz się za lekturę, drogi czytelniku, odsłuchaj najpierw piosenkę, o której w pewnym sensie jest to opowieść. A najlepiej słuchaj ją czytając to historyjkę.

 

 

Wspomnienie ballady

 

Siedział najbliżej ognia ze wszystkich. W jego ciemnych oczach odbijał się blask płomieni. Palce powoli zaczynały go piec od nadmiaru gry. Dawno tego nie robił. Z drugiej jednak strony rzadko miał okazję spotkać się z dawnymi przyjaciółmi. Atmosfera zaczynała robić się senna. Ludzi zaczynało dopadać znużenie i coraz częściej mieli ochotę ruszyć w stronę swoich namiotów, by w końcu sen na kilka godzin pozwolił im zapomnieć o problemach rzeczywistości. Nagle w w tłumie dało się słyszeć głos "Don't Cry! Nie śpiewaliśmy Gunsów!, zagraj Don't Cry! No dalej! Nie bądź taki!" 
Uśmiechnął się lekko. Wcale nie miał na to ochoty, ale skoro przyjaciele prosili... Wziął do ręki gitarę, po raz ostatni tej nocy. Zaległa cisza. Pierwsze dźwięki a-molu zaczęły rozchodzić się w powietrzu, kierując wzrok wszystkich zgromadzonych w stronę ognia. 

Talk to me softly 
There's something in your eyes 
Don't hang your head in sorrow 
And please don't cry 
I know how you feel inside I've 
I've been there before 
Somethin's changin' inside you 
And don't you know 

Zamknął oczy. 
Siedział na moście. Ciepłe, lipcowe promienie słońca pieściły jego twarz. Zwisające nogi muskały taflę wody, zaburzając jej nieskazitelną gładkość. Marzył. Był tak zagłębiony we własnych myślach, że nie usłyszał kroków. Nagle poczuł obejmujące go ręce, a następnie miękkie usta, które pozostawiły swój wilgotny ślad na jego policzku. Obrócił lekko głowę, spoglądając w jej brązowe oczy. Kiedy widział w nich swoje odbicie wydawało mu się, że jest lepszym człowiekiem niż był w rzeczywistości. Uśmiechnęła się do niego. Odwzajemnił jej uśmiech, pchnął ją lekko i oboje upadli na deski mostu zapominając o całym świecie.

Give me a whisper 
And give me a sigh 
Give me a kiss before you 
tell me goodbye 
Don't you take it so hard now 
And please don't take it so bad 
I'll still be thinkin' of you 
And the times we had...baby


Wskazówki zegara właśnie wskazały godzinę dziewiętnastą. Powolnym krokiem szedł w stronę domu. Miał wyjechać na trzy miesiące,  zarobić w Anglii, wrócić, zakupić nowe mieszkanie i w końcu z nią zamieszkać.  Spełnić ich wspólne marzenie. Propozycja pracy przyszła dzień wcześniej, a była to jedna z takich, które my nazwalibyśmy interesem życia. Kiedy dowiedziała się o tym, wpadła we wściekłość. Pokłócili się, chociaż oboje wiedzieli, że chce to zrobić dla nich. Dla ich szczęścia. Wszedł do domu, zamykając za sobą drzwi. Odwrócił się. Stała w połowie korytarza, jej długie brązowe włosy były dość niechlujnie uczesane, a z oczu spływały kolejne łzy. Podbiegła i przytuliła go tak mocno jak jeszcze nigdy w życiu. Usłyszał tylko ciche przepraszam. Całował się w życiu wiele razy, z różnymi kobietami. Jednego był pewien - nikt nie umiał całować tak jak ona. 

And please remember that I never lied 
And please remember 
how I felt inside now honey 
You gotta make it your own way 
But you'll be alright now sugar 
You'll feel better tomorrow 
Come the morning light now baby


Siedzieli dwaj na moście. Tym samym moście, z którym wiązał tyle wspomnień. Wiecie jak cieżko w życiu jest zobaczyć płaczącego mężczyznę? Nie dlatego, że oni nie płaczą. To nieprawda. Oni po prostu robią to tylko wtedy gdy nikt ich nie widzi. 
- Nic się nie da zrobić?- zapytał?
Pokręcił lekko głową. Wiedział, że to koniec. Że przegrał. Ta świadomość go niszczyła od środka. Wypalała. Czuł się jakby utracił całą radość. Kiedy z nim była, nie zdawał sobie sprawy z tego, że była wszystkim. Pasją i sensem życia. Teraz tego sensu już nie było. I nie mógł nic zrobić. To go chyba przytłaczało najbardziej. 
Położył rękę na jego ramieniu. Nie wiedział co powiedzieć. Jak pocieszyć najlepszego przyjaciela, który tak wiele dla niego zrobił. Nie był nigdy dobrym mówcą. 
- Dasz radę, wierzę w ciebie - szepnął. 

And don't you cry tonight 
An don't you cry tonight 
An don't you cry tonight 
There's a heaven above you baby 
And don't you cry 
Don't you ever cry 
Don't you cry tonight 
Baby maybe someday 
Don't you cry 
Don't you ever cry 
Don't you cry tonight


Otworzył oczy. Ostatnie dźwięki przeszyły powietrze jak nóż. Kiedy skończył, nikt nie potrafił powiedzieć żadnego słowa. Przez dłuższą chwilę nie było słychać niczego prócz trzasków palącego się drewna. Nagle ktoś objął go od tyłu i pocałował w policzek. Serce zabiło mu mocniej, a źrenice się rozszerzyły. Powoli obrócił głowę. Blondynka o szarych oczach uśmiechała się do niego. Wszyscy zaczęli się rozchodzić. 
- Chodźmy do namiotu - Powiedziała 
- Ty idź. Ja zaraz przyjdę. 
- Pospiesz się - rzekła, dając mu wilgotnego buziaka w czoło.

Puścił do niej oko.

Poczekał, aż znajdzie się w namiocie. Wstał opierając gitarę, jedyną jego towarzyszkę, która pamiętała czasy o których śpiewał, o drzewo. Ruszył w stronę plaży.

To był piękny widok. Blask księżyca odbijał się od tafli wody rozświetlając całą okolicę. Chłodna morska bryza owiała jego twarz. Zamknął oczy.

- Dlaczego je zamykasz, nie pozwalając im nacieszyć się tym widokiem? - Zapytała 
Stała obok niego. Taka jaką zapamiętał, z najpiękniejszych wspomnień. 
- Opuścisz mnie kiedyś? 
- Jeśli o mnie zapomnisz. 
- A czy ja tego nie chcę? 
- Gdybyś chciał, nie stałabym teraz obok. 
Wpatrywali się w bezkresne morze. 
- Odzyskam Cię kiedyś? 
- Nie wiem. Jestem tylko wytworem twojej chorej wyobraźni. 
Westchnął głęboko 
- Na mnie już czas 
- Wiem

Ruszył w stronę obozowiska. Odwrócił się by jeszcze raz na nią spojrzeć. Na plaży nikogo już jednak nie było. Pokręcił głową uśmiechając się. W tym momencie pewny był tylko jednego - nie chciał zapomnieć.

poniedziałek, 11 stycznia 2010
"Za mgłą" Rozdział 2

Cóż, okazało się, że moja pierwsz historyjka was nawet zaciekawiła ;) Dlatego powstał ciąg dalszy, a kolejna część pokaże się w przyszłym tyogdniu. Chociaż powiem wam szczerze drodzy czytelnicy, że sam nie wiel ile tych części jeszcze się pojawi.

A i dziękuję za pochlebne i te mniej pochlebne ale konstruktywne opinie.

I nie dziękuje koledze W. który, chyba za cel obrał sobie mądzenie mi na temat tego bloga :)

Zapraszam do lektury :)

 

 

"Za mgłą" rozdział 2

 

 

Zdawał sobie sprawę z tego, że już się ocknęła, chociaż oczy miała przez cały czas zamknięte. Wniósł ją do mieszkania, ułożył na łóżku. Dopiero teraz je otworzyła, przypatrując mu się uważnie

- Wydawało mi się, że dzieciaki w twoim wieku powinny spać o tej porze – stwierdziła

- A mi, że kobiety, takie jak Pani profesor, nie powinny się szlajać nocami po takich miejscach – odparł chłopak, bardziej napastliwie niż zamierzał.

- Gdyby twoje prace pisemne były na poziomie twoich ripost byłbyś uczniem wzorowym – rzekła, uśmiechając się – Teraz oczekujesz pewnie wyjaśnień?

Skinął głową.

- To może poczekać – syknęła – teraz mamy ważniejsze sprawy na głowie.

To mówiąc złapała chłopaka za koszulę, wciągając go do łóżka.

 

Nagle poczuł uderzenie w głowę, które wyrwało go z jego twardego, aczkolwiek przyjemnego, snu. Tego dnia pierwszym przedmiotem z jakim przyszło mu się zmierzyć miała być chemia. Nawet nie wiedział kiedy przysnął. Podnosząc głowę ujrzał rozwścieczoną nauczycielkę, trzymającą w ręku resztki tego co pozostało z jego linijki. Musiał bardzo się powstrzymywać, żeby nie wybuchnąć głośnym śmiechem

Nie była to byle jaka nauczycielka. Przypomnijcie sobie najgorszego ze wszystkich waszych belfrów i pomnóżcie go razy dziesięć. Tak mniej więcej można było określić kobietę, która  w szkole doczekała się pseudonimu operacyjnego „Legenda”. Kiedy się na nią patrzyło człowiek miał wrażenie, że pamięta jeszcze czasy krucjat.

Tak teraz stała nad nim „Legenda”, wpatrując się niego małymi, wściekłymi oczkami, których kurwiki mogły wzniecić pożar w Sali.

- Jak śmiesz… Jak śmiesz bezczelnie spać na mojej lekcji! – Krzyczała tak głośno, że wcale by go nie zdziwiło gdyby usłyszała ją dyrektorka, znajdująca się pięć pięter niżej – Czy ty wiesz kim ja jestem! Precz!

W jego głowie narodziło się co najmniej dziesięć odpowiedzi, które sprawiły by, że już i tak jej wielka, buraczana twarz stała by się jeszcze bardziej czerwona (o ile to możliwe). Postanowił jednak sobie odpuścić. Wziął torbę i bez słowa wyszedł z Sali.

Wychodząc ze szkoły, wstąpił po papierosy. Wiedział, że to kurewstwo go zabija, ale czasami tylko ono pomagało mu racjonalnie myśleć. Skierował się w stronę boiska szkolnego. Przysiadł na trawie jeszcze mokrej po wczorajszej burzy, która przeszła przez całe miasto i zaczął rozmyślać o tym, co wczoraj usłyszał.

 

 

 

 

Lilie patrzyła na całą sytuacje z niesmakiem. Wiedziała, że gdyby ojciec Toma dowiedział się o wszystkim, chłopak miałby ciężkie życie…

A może nie?

Znali się właściwie od dziecka. Od kiedy pamiętała ludzie brali ją za wzór cnót. Zawsze grzeczna, dobrze wychowana. Była jedną z niewielu osób, które potrafiły wprowadzić w zakłopotanie nauczycieli swoją pamięcią, dokładnością i tą dumną bezczelnością ukrytą podświadomie w każdym wypowiedzianym zdaniu, której nie można było udowodnić. Chociaż tak naprawdę nie robiła tego celowo. Pomimo tego, że czasami jej zachowanie było nie do zniesienia, to jednak ludzie ją lubili.

Tom był jej zupełnym przeciwieństwem. Od małego - lekkoduch, który bujał w obłokach, a którego pomysły przerażały czasem nawet jego samego.

Oboje pochodzili z bogatych domów, znajdujących się na wzgórzu dzielnicy rezydenckiej.  I to była chyba jedyna rzecz, która ich łączyła. Byli jak ogień i woda. Dwa zupełnie inne charaktery, całkowite przeciwieństwa. Ale jednocześnie przeciwieństwa, które dawniej świetnie się uzupełniały i radziły sobie w trudnych sytuacjach.

Tak było kiedyś. Niestety dwa lata temu sytuacja uległa zmianie.

Ich przyjaźń rozkwitła dzięki rodzicom. Ojcowie poznali się jeszcze w szkole podstawowej. Razem broili, uprzykrzali życie nauczycielom, a także rozkręcali pierwsze interesy. Jednak od początku postanowili, że każdy będzie prowadził własny biznes, żeby nigdy pieniądze nie zniszczyły ich przyjaźni. W ich życiu pojawiły się kobiety. Ojciec Lilly poznał swoją przyszłą żonę kiedy poszukiwał pracownicy na stanowisko sekretarki w swojej firmie. Rodzice Toma znali się już od czasów szkolnych i już wtedy było widać, że łączy ich coś więcej niż tylko przyjaźń.

W roku 1973 obie pary wzięły łączony ślub w skromnym kościółku na uboczu miasta a po roku urodziły im się dzieci. Tom był starszy o cztery miesiące od Susie.

Piękna historia prawda? Przesycona optymizmem i radością.

Sielanka trwała przez trzynaście lat.

Wtedy to matka Toma dowiedziała się o rzekomej zdradzie męża. Chociaż nikt nie był pewien czy do niej rzeczywiście doszło, czy może ktoś po prostu chciał plotkami zaszkodzić bogatemu biznesmenowi. Przez trzy miesiące w domu panowała wojna, która bardzo odbiła się na psychice Toma. Żona po jakimś czasie wybaczyła mężowi, jednak syn w tym czasie bardzo oddalił się od ojca. I nie tylko.

Spokój nie trwał długo. Rok później okazało się, że Christie miała raka. Po kolejnych kilku miesiącach matka Toma zmarła. Mąż nigdy nie pogodził się ze śmiercią ukochanej. Jego firma prosperowała na tyle dobrze, że właściwie mógł się w niej pojawiać raz na pół roku i nic by to nie zmieniło. Stracił całą chęć do życia. Większość swojego dnia zaczął spędzać w pokoju tępo wpatrując się w okno. Potwornie się zapuścił. Stracił właściwie zupełnie kontakt z synem, który poradził sobie z tym i tak lepiej niż Lilly przewidywała. Miał bardzo mocny charakter.

Jednak to właśnie w tym czasie ich przyjaźń gdzieś zaniknęła. Chłopak odwrócił się od wszystkich. Stał się samotnikiem. Pomimo tego, że starała się mu pomóc, porozmawiać z nim, on nie pozwalał jej na to. Z czasem ich kontakty ograniczyły się do powitania na korytarzu szkolnym, co było dużym ciosem dla kobiety, która zaczęła sobie uświadamiać, że jej dawny przyjaciel zaczął znaczyć dla niej coś więcej.

Dziewczyna postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce. Spodziewała się że po wyjściu z Sali zobaczy go pod jej drzwiami. Ułożyła sobie w głowie plan rozmowy i to, co zamierza mu powiedzieć. Gdy zadzwonił dzwonek ruszyła zdecydowanym krokiem ku drzwiom. Niestety, głęboko się rozczarowała nie znajdując chłopaka ani pod salą, ani nawet przeszukując całą szkolę. Cicho klnąc pod nosem, co było u niej rzadkością, ruszyła na kolejną lekcję zarzekając się, że „jeżeli ta cholerna filozofka zrobi kartkówkę, to powie jej co myśli o jej fryzurze, tandetnym lakierze do paznokci i beznadziejnych butach”.

 

 

 

 

Siedział tam już z dobrą godzinę. Zastanawiał się, jak może pomóc swojej nauczycielce, od której tyle dostał tej nocy, w której się chyba zauroczył. Myślał o każdym słowie, które mu powiedziała.

Kiedy tego dnia zaczęło świtać, on jeszcze nie zmrużył oka. Leżał koło niej myśląc, że śpi. Z jednej strony chciał z nią porozmawiać. Dowiedzieć się czego tam szukała. Nie miał jednak odwagi jej o to zapytać. Jej głos nagle wyrwał go z własnych rozmyślań.

- Zostało Ci niewiele czasu. Doskonale wiem, o co chcesz mnie zapytać. Słuchaj więc, bo powtórzę to raz – powiedziała, biorąc łyk wody stojącej na szafce nocnej i szykując się do opowieści.

Pani Riminage z pochodzenia była Angielką.  Miała męża, który był szejkiem i pięcioletnią córkę. Jej małżonek był multimilionerem, który ogromną fortunę zbił na hazardzie. Pomimo swoich oczywistych powiązań mafijnych miał duży wpływ na politykę w państwie.

Był typowym mafiosem, który uwielbiał dziwki, wyścigi konne i dobre cygara. Z początku kobieta niczego się nie domyślała, żyjąc w dostatku i szczęściu. Jednak z czasem jej małżeństwo przerodziło się w piekło. Kiedy dowiedziała się o licznych zdradach męża, postanowiła uciec z córką jak najdalej „od tego całego szamba”.

Jej mąż nigdy nie traktował pięcioletniej Karin tak, jak ojciec powinien traktować córkę. Nie planował jej. Była „wpadką”.

Jej plan się powiódł. Pomógł jej jeden z szoferów męża, który nie był wstanie oprzeć się jej urokowi osobistemu. Trafiła na samolot i ruszyła w rodzinne strony myśląc, że jej piekło się skończyło.

Nawet nie chodzi o to, że strata jakoś strasznie zabolała Araba. Ba! To, że reszty rodziny nie ma w posiadłości, zauważył dopiero po trzech dniach. Ale był to piekielnie zimny człowiek, nie znoszący sprzeciwów ani jakiejkolwiek zdrady.

Dlatego też postanowił ściągnąć żonę z powrotem do domu, chociażby po to, żeby osobiście „ukręcić jej łeb”.

W jaki sposób? To proste. Postanowił porwać własną córkę. Kiedy tylko mała została odstawiona do przedszkola, a matka pojechała do pracy, jeden z najemników szejka posiadający sfałszowane papiery zabrał dziecko z przedszkola i prywatnym samolotem zabrał  z powrotem do ojca, zostawiając pod domem matki list.

Już kilka razy spotykała się z wysłannikami szejka próbując pertraktować. I właśnie wtedy w porcie miało odbyć się kolejne spotkanie…

Kiedy zakończyła opowieść odczekała chwilę i dodała, że wcale by się nie zdziwiła, gdyby ów zboczeniec był jednym z wysłanników jej męża.

Dochodziła godzina piąta, a Tom musiał przed szkołą zajść do domu po świeże ciuchy. Obiecał, że pomyśli o tym wszystkim i postara się jej pomóc. Uśmiechnęła się smutno.

- Nawet nie próbuj – powiedziała, całując go w policzek na pożegnanie.

Wyszedł z mieszkania.

 

 

Pozdrawiam

Redaktor P.

niedziela, 10 stycznia 2010
"Notorious" czyli historia chłopaka z Brooklynu

Jak wyobrażam sobie przeciętny, amerykański film? Definicja jest dość prosta. Główny bohater – prosta osoba, bez większych perspektyw, z talentem. Ciężką pracą i dążeniem do celu, osiąga sukces spełniając swoje marzenia.  Filmów tego typu mieliśmy mnóstwo.  Osławionego Rockiego - boksera, który ze słabego pięściarza stał się wielkim mistrzem, Santiago Muneza, który z podwórkowego grajka, przemienia się w gwiazdę światowego formatu, czy też Frances "Baby" Houseman z filmu Dirty Dancing, która oprócz tego, że spełniła swoje marzenie o tańcu, to na dodatek poznała miłość swojego życia. I to właśnie słowo „marzenia” jest kluczem filmu, o którym piszę. 
Znacie klimaty Amerykańskiego Brooklynu? Dragi, pieniądze, mafijne porachunki i rap, na punkcie którego szaleją wszyscy. 

Naszym bohaterem jest niepozorny, czarnoskóry chłopiec. Dzieciak z nadwagą, ze smykałką do nauki i wielkimi ambicjami. Pozostawiony przez ojca, wraz z matką starają się związać koniec z końcem. Chłopak postanawia zmienić swoje życie, nie chcąc go zmarnować. Potrzebuje pieniędzy, więc wplątuje się w handel narkotykami. Interes kręci się nieźle, przynosząc duże zyski, a Chris systematycznie się wzbogaca. Jednak wtedy zaczyna się wszystko sypać. Jego dziewczyna zachodzi w ciążę. Matka dowiedziawszy się o zajęciu syna, wyrzuca go z domu. Aż w końcu Policja ujmuje siedemnastolatka, usadzając go w więzieniu na dziewięć miesięcy. Wtedy to przyszły Biggie Smalls zaczyna pisać pierwsze teksty, nie wiedząc jeszcze, że sen o wielkim świecie ma się nie długo ziścić. 

A więc – czym się różni ten film od wyżej wymienionych, czy setek innych o podobnej tematyce? Przede wszystkim tym, że jest to film biograficzny. Notorious B.I.G nie był kolejną wymyśloną postacią. Jego historia pokazuje, że spełnianie marzeń jest możliwe. Nie tylko tych postaci, które zradzają się w głowach reżyserów, by przy kończeniu filmu wpisać je w ostatnie wersy scenariusza, a następnie zamknąć go, wraz z nimi robiąc ludziom złudne nadzieje ale także ludzi prawdziwych. Ludzi z talentem, odrobiną szczęścia. 

Nie będę ukrywał, że nie znam się na rapie.  Nie znałem też wcześniej B.I.G, a moja wiedza opiera się jedynie na filmie. Nie znam się na stosunkach wschodniego z zachodnim wybrzeżem. Dlatego nie chce się wypowiadać na te tematy, bo równie dobrze mógłbym pisać o logarytmach, które mi nie leżą. Z tego filmu starałem się wyciągnąć elementarne i chyba najważniejsze wnioski.


Film "Notorious" przekazuje to, że bez względu na to gdzie się urodziłeś, jak wyglądasz, i jaką masz przeszłość, zawsze jest szansa, żeby zacząć wszystko od nowa. Szansa na to żeby w życiu coś osiągnąć. 
Nie był to najlepszy film, jaki widziałem. Był to film dobry. I tyle. Ale jednocześnie film skłaniający do refleksji, z dobrą fabułą, oparty na faktach. I trzeba powiedzieć, że warto było poświęcić te dwie godziny, żeby go obejrzeć.

 

I na koniec cytat podsumowujący film:

"Swoim życiem udowodnił, że trzeba mieć marzenia, bo wszystko jest możliwe"

Pozdrawiam
Redaktor P.

czwartek, 07 stycznia 2010
Z Ameryki lat piećdziesiątych do Barcelony lat dwudziestych

Niestety. Redaktora P. dopadła szara rzeczywistość, a także związana z nią monotonia, przez co nie może rozwinąć skrzydeł. Dlatego kolejna część opowiadania pojawi się dopiero w przyszłym tygodniu. A dziś zajmę się czymś innym.

Brakuje mi już ferii. Zapewne masa ludzi w moim wieku słysząc te słowa głośno prychnie.  Komu nie brakuje długiej przerwy i wolnego czasu z nią związanej? Wiadomo, że nie jestem ewenementem. Ale ferii brakuje mi z jednego powodu. 

W czasie przerwy miałem bardzo długie noce. Kiedy wybijała północ redaktor P. gasił komputer i wyruszał w podróż do tajemniczej Barcelony lat dwudziestych XX wieku. 
A to za sprawą kolejnej książki. Kiedy koleżanka dała mi do ręki ”Grę Anioła” mówiła, że ta książka jest świetna. Byłem sceptyczny. Kilka dni wcześniej skończyłem swoją przygodę z Ojcem Chrzestnym i w tamtym momencie uważałem, że nic nie wyrwie mojej głowy ze świata rodziny Corleone. Srogo się „zawiodłem”. 

Sama książka zaczęła się dość niewinnie i mało wciągająco. Opowieść o pisarzu ze smykałką do pisania kryminałów pracującym w obskurnej gazecie była mało interesująca. Dopiero z czasem akcja zaczęła się rozwijać. David Martin dostał szansę napisania własnej opowieści, która miała ukazać się w gazecie. Miał na to sześć godzin. Po tym jak zakończył początek swoich ”Tajemnic Barcelony” jego szef po kilku poprawkach zatwierdził tekst i nakazał napisanie kolejnej historii.  Kolejnego dnia po ukazaniu się historii do redakcji nadszedł list od fana. Fana, który w przyszłości miał zmienić całe jego życie. 
Dalszą fabułę pozostawiam czytelnikom do odkrycia. 

Według mnie istnieją trzy rodzaje książek. Książki dobre, które w czytelniku pozostawiają uczucia, które akurat wyrażały. Książki słabe czytam bo muszę, bo mam ambicje, że ją przeczytam, czy też po prostu z braku laku. Jest też trzeci bardzo rzadki rodzaj książek. Książki narkotyczne. 

Taką z pewnością jest ”Gra Anioła” Carlosa Ruiza Zafrona. Książka, która wzbudza masę różnorodnych uczuć. Od gniewu, przez żal aż do szczęścia i radości. W późniejszym okresie czytania, wieczorami planowałem przeczytać góra dwa rozdziały. Kończyło się na jedenastu i zamykaniu książki wbrew sobie, gdyż dochodziła godzina czwarta rano, a kolejny dzień miał być pracowity. 

W tekście odnajdujemy wiele wątków. Przyjaźń, zdrada, tajemnica, intryga. Oczywiście towarzyszy mu także wątek miłosny. Niestety - Nieszczęśliwej.

Lubię wiedzieć co czytam. Lubię układać w środku książki zakończenia, a największą przykrość sprawia mi kiedy moje podejrzenie się sprawdza. Z tą książką przegrałem - i to z kretesem. 
Zaskakujące zakończenie jest doskonałym podsumowaniem znakomitej książki, której nieprzeczytanie było by grzechem. 

Były to jedne z najlepiej zmarnowanych przeze mnie godzin w życiu, za które dziękuje panu Zafronowi i koleżance A.N.

 

 

Pozdrawiam

Redaktor P.

wtorek, 05 stycznia 2010
Fajrant

Dziś nie będzie czarowania słówkami, bajania w wyobraźni, pisania kolejnej część "Za mgłą" czy recenzji nowej książki. Ale żeby nie było, że nie pamiętam o moim Blogu to wrzucam piosenkę, którą ukochałem zarówno w oryginalnym wykonaniu, jak i w spolszczonej wersji Zembatego. A, że redaktora P. dopadła nostalgia, ta piosenka wpasuje się idealnie.

 

Pozdrawiam

Redaktor P.

poniedziałek, 04 stycznia 2010
"Za Mgłą" a więc początek historii

Jak pisałem we wstępie, to nie będzie blog skupiający się na jednej rzeczy. Redaktor P., niesiony napływem weny, rozpoczął pisanie pewnej historii, która rodziła się w jego chorej głowie już od jakiegoś czasu. Nie oczekuj Drogi Czytelniku wielkiego dzieła. Ale może znajdziesz tu coś, co cię zainteresuje. Jest to krótki początek. Wstęp. Ciąg dalszy niedługo pojawi się na blogu, o ile oczywiście, pisanie jakiegokolwiek ciągu dalszego będzie miało sens. Zapraszam do lektury.

 

"Za mgłą" Cz. 1.

Stał między dwoma budynkami zaułku dzielnicy portowej, przypatrując się ciemnej postaci kroczącej w oddali. Nadciągał sztorm. Noc była wyjątkowo ciemna, a mgła spowijała wszystko wokół. Śledził ją od blisko trzech godzin, podążając za nią krok w krok, nie spuszczając z niej oka. Powoli dopadało go zmęczenie. Lekko rozczarowany rozwojem sytuacji, przemoczony do suchej nitki ,sięgnął do kieszeni, wyciągając przesiąkniętą paczkę papierosów, już raczej nie zdatnych do użytku. Cicho klnąc cisnął pudełkiem o ziemię. Uświadamiając sobie, że przecież nie stoi i nie marznie tu bez powodu, znów zaczął się rozglądać za kobietą, zastanawiając się, czego do cholery może szukać dorosła, osoba w taką pogodę, o pierwszej w nocy na molo, ruszył za nią. Jego uwagę przykuł jednak jeszcze jeden szczegół. Jego przemęczonym oczom ukazał się kolejny cień, szybkim krokiem podążający za celem jego obserwacji. Przez głowę przebiegła mu myśl, że może w końcu dowie się czegoś sensownego. 

Niestety, nie tego się spodziewał. Kobieta przystanęła zwrócona twarzą w stronę otchłani morza, nie mając najmniejszego pojęcia o napastniku, cicho, ale szybko zmierzającym ku swojej ofierze. Nie mogła go usłyszeć. Strugi deszczu uderzały zbyt mocno o drewniany podest molo. Zrozumiał, że coś jest nie tak. Dość późno. Ale mawia się, że lepiej późno niż wcale. Postać podeszła do kobiety, uderzając ją z całej siły w plecy i powalając ją na ziemię. 

Westchnął ciężko. Zabrał z najbliższego śmietnika metalową rurkę i wyklinając na czym świat stoi, ruszył biegiem w kierunku molo. Wstępując na drewniane deski pomostu, uśmiechnął się w duchu. Kiedy zbliżył się na odległość dziesięciu metrów, zobaczył jak napastnik pozbawiał właśnie ofiary spodni. Nie patyczkował się. 
- Ej skurwielu… - syknął, tak zwanym teatralnym szeptem. 
Mężczyzna ledwo zdążył obrócić głowę. Prawdopodobnie jedyną rzeczą, którą zobaczył zanim stracił świadomość, był kawałek rurki i jego rozbryzgany wokoło nos.

Kobieta była nieprzytomna. W pewnym sensie to nawet działało na jego korzyść. Kilkoma zręcznymi ruchami nałożył na nią ubrania, a następnie przeszukał jej płaszcz. Kluczyki od domu znajdowały się w prawej kieszeni. Przeszukując lewą, natrafił jednak na coś jeszcze czego się nie spodziewał. Mały damski pistolet. Stwierdzając w myślach, że chyba lepiej,, jak nie będzie się nad tym teraz zastanawiał włożył pistolet do kieszeni płaszcza, wziął belferkę na ręce i ruszył w kierunku parkingu.

 

niedziela, 03 stycznia 2010
Cosa Nostra

Od zawsze uważałem, że każdemu okresowi w życiu odpowiada jakaś książka. Chociaż w dzieciństwie, ulegając powszechnej modzie, zakochany byłem w Harrym Potterze, to jednak była lektura, którą ceniłem wyżej. A mianowicie trylogia C.S. Lewisa „Opowieści z Narni”. Ale jako, że sielanka się zakończyła dość dawno i dzieciństwo (niestety) bezpowrotnie minęło, należałoby znaleźć jakąś książkę, która wyprze opowieści o fantastycznej krainie Narni. I jak to w życiu bywa, często udaje nam się znaleźć coś, czego akurat nie szukaliśmy. I mnie to także dotknęło.

A mianowicie. Dość przypadkowo wpadła mi w ręce opowieść Mario Puzzo „Ojciec Chrzestny”. Tytuł tej książki zna chyba każda osoba.  Problem w tym, że ilość osób zaznajomionych z nazwą powieści, jest nieporównywalnie większa od ilości osób, zaznajomionych z treścią lektury.

Zafascynowany, sprzątnąłem ją z rodzinnej biblioteki i zniknąłem we własnym pokoju na trzy dni, zatracając się we włoskich przygodach dwudziestowiecznej Ameryki. I jak się okazało, nie były to trzy dni stracone.

Sama książka opowiada o przygodach rodziny Corleone. Chociaż słowo przygody niezbyt pasuje do tematyki utworu. Głównym bohaterem jest syn najbardziej znanej i szanowanej postaci w Nowym Jorku, a mianowicie Vita Corleone. Michael, bo tak brzmi jego imię, jest jednym z trójki dzieci Ojca Chrzestnego. Jako zasłużony bohater wojenny, człowiek prawy i jedyny z rodzeństwa nie zamieszany w mafijne interesy, chce odciąć się od rodziny i prowadzić uczciwe życie. W trakcie nauki poznaje Kay Adams, w której zakochuje się z wzajemnością, a nawet planuje się z nią pobrać. Niestety w życie rodziny Corleone wkrada się niejaki Sollozzo, który składa im propozycję nie do odrzucenia, dotyczącą handlu narkotykami. Odmowa może doprowadzić do wojny sześciu wielkich rodzin mafijnych…

Nie chcę się rozpisywać na temat fabuły. Popsułbym czytelnikowi, który przeczytał tę notatkę, całą radość z czytania książki.

Ta książka uczy jednak pewnych zachowań. Pokazuje ludzi, którzy często muszą działać wbrew sobie. Idealizuje wartości, które w życiu powinny być najważniejsze. Paradoksalnie, powieść podejmująca  tematykę mafijną, więc rzecz której wydźwięk z natury jest negatywny, może wykształcić w człowieku wiele pozytywnych cech.

Obowiązkowa lektura z cyklu "O tym czego nie nauczysz się w szkole"

Pozdrawiam

Redaktor P.

 

 
1 , 2